SIMON’S CORNER

peru

Nasi reporterzy
Szymon Radzimierski
Vinicunca Rainbow Mountain, to niesamowita góra położona w Andach w Peru, na którą wchodzi się podczas jednodniowego trekkingu. Ten szczyt nazywany jest Montaña de Siete Colores, czyli Góra Siedmiu Kolorów albo Tęczowa Góra. To dlatego, że ma wiele różnokolorowych warstw, i wygląda jakby była zrobiona z tęczy. Super nie?! Trekking na Vinicunce był bardzo trudny, ale o tym zaraz ci opowiem. Rainbow Mountain położona jest na wysokości 5200 m.n.p.m. czyli dwa razy więcej Rysy! A samo wejście zaczynasz od wysokości około 4400 m.n.p.m.

Początek przygody

Rano, w małej miejscowości Pisac obudził nas budzik o 4.00. Pogoda nie nastrajała do wyjścia z pokoju. Za oknem lało, a ja trząsłem się z zimna. Tutaj, w wysokich górach, to raczej normalna sprawa. Rano jest koszmarnie zimno, około zera stopni. Przed hostelem czekał już na nas miejscowy, z którym umówiliśmy się, że dowiezie nas na miejsce. Wbiłem się w puchową kurtkę i szczękając zębami wyszedłem na zewnątrz. Do podnóża góry jechaliśmy kilka godzin małym autkiem. Pierwszą gumę złapaliśmy po jakiś dwóch godzinach jazdy. Spoko, kierowca miał koło na zmianę więc luzik. Po kolejnej godzinie off roadu następny flak. No dwóch kół na zmianę nie posiadaliśmy. Kierowca wyszedł, popatrzył i… rozłożył ręce. Wytłumaczył, że musimy czekać, aż ktoś będzie jechał. Problem polegał na tym, że jechaliśmy przepiękną drogą na skróty, przez same wysokie góry i jedyne co do tej pory na niej spotkaliśmy to… osiołki. Hmmm, raczej koła na zmianę nie mają. Nawet nie byliśmy wściekli, bo przecież gość chciał dobrze, a my nie chcieliśmy jechać turystycznym autobusem za trzy razy wyższą cenę. Usiedliśmy na poboczu, wyjęliśmy kanapki i spokojnie czekaliśmy. Okazało się, że mamy jednak niezłego farta, bo za jakieś pół godziny z góry zjeżdżał jakiś podobny maleńki samochód. Wyszliśmy na drogę tarasując przejazd i składając błagalnie ręce. Facet strasznie się śmiał wychodząc z samochodu. Popatrzył, podrapał się po głowie, zawołał naszego kierowcę, zabrali milion narzędzi i zaczęli reaktywację. Po kolejnych 40 minutach było po wszystkim – mogliśmy jechać dalej!

Cel – Tęczowa Góra

Gdy dotarliśmy na miejsce szybko kupiliśmy wodę i wyruszyliśmy. Mieliśmy trochę wątpliwości czy uda nam się zrobić cały trekking do zmierzchu, ale po krótkiej naradzie rodzinnej uznaliśmy, że trzeba spróbować. Na trasie byliśmy całkiem sami. Inni poszli znacznie wcześniej. Nasz cudowny kierowca ocenił sytuację i stwierdził, że idzie z nami, bo po pierwsze nie zostawi nas samych na tej wysokości, a poza tym jeszcze nigdy nie był na górze i chciał zobaczyć jak wygląda. Mimo, że trek zaczynał się od wysokości ok. 4400 m.n.p.m. jeszcze nie odczuwaliśmy objawów choroby wysokościowej, bo na szczęście przechodziliśmy aklimatyzację i organizm był trochę przyzwyczajony. To, że „trochę” okazało się za kilka godzin…

Na początku, mówiąc szczerze, byłem zawiedziony. Wokół nas, z daleka było widać zwykłe góry. Piękne, z ośnieżonymi szczytami, ale nic takiego, czego bym wcześniej nie widział. Doliną szliśmy przez następną godzinkę, albo dwie, i wcale nie było to takie trudne. Trasa była prosta, dosyć płaska, żadnej wspinaczki. Rzeczywiście, objawy choroby wysokościowej już zaczynały dawać się we znaki, ale to był dopiero początek. Trochę bolała mnie głowa, jakoś dziwnie szybko się męczyłem. Spojrzałem na rodziców. Oni ledwo dyszeli i robili częste postoje. W pewnym momencie skończyły się łąki i dookoła nas rozpostarł się krajobraz prawdziwej Rainbow Mountain. Ściany gór były pasiaste, żółty, czerwony, zielony, pomarańczowy, szary i wiele wiele innych kolorów pięknie urozmaicały krajobraz. I tak, obserwując szczyty szliśmy cały czas pod górę. Gdy byliśmy już na wysokości prawie 5000 m.n.p.m. zaczęliśmy wymiękać. Daddy’emu zdrętwiały najpierw palce, a następnie cała lewa ręka. Usiadł niemal pod samym szczytem i nie mógł się podnieść. Za każdym razem kiedy próbował tak mu się kręciło w głowie, że aż się zataczał. Muńka stawała co kilka kroków, dyszała i łapała się za głowę. Właśnie z głową było chyba najgorzej. Wyobraź sobie, że masz w środku armię małych ludzików, którzy na zmianę uderzają cię dziesiątkami młoteczków. No, to właśnie tak się czuliśmy. Poza tym to wrażenie ciągłego braku powietrza. Szedłem kilka kroków i przystawałem, żeby nabrać powietrza w płuca, bo nie byłem w stanie iść dalej. Na dole kupiliśmy tlen w takiej metalowej, litrowej butli i co jakiś czas musiałem go zaczerpnąć, żeby nie paść. Przynajmniej takie miałem wrażenie. Od razu przypomniało mi się, jak ludzie czasami komentują wyczyny wspinaczy wysokogórskich na wysokości 7000 m.n.p.m. siedząc na kanapie i mówiąc „bez przesady, miał tam tylko 200m i nie mógł podjeść?”. Teraz już wiem. Nie mógł. Nogi masz tak ciężkie, jakbyś miał do nich przywiązane kilkunastokilowe ciężarki, nie możesz złapać porządnego oddechu, bo powietrze jest tak rzadkie, każdy krok (dosłownie!) to wyczyn i konieczność włożenia ogromnej siły… Tak było u nas, „tylko” na wysokości 5000 m.n.p.m., a jak musi być wyżej?

Cel osiągnięty

Zajęło nam to sporo czasu, ale wreszcie doszliśmy na górę. Tam spotkał nas krajobraz, którego nie ma prawdopodobnie nigdzie indziej na całym świecie. Podeszliśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów, pod taki dodatkowy pagórek umiejscowiony na tęczowej górze, żeby dotrzeć na sam szczyt. Ujrzeliśmy wszystkie tęczowe ściany wokół nas. Był to naprawdę niesamowity widok. Jakbyś znalazł się na innej planecie. Trochę jakby jakiś szalony malarz dotarł tutaj, wziął pędzel i pomalował wszystkie szczyty, zbocza, doliny, aż po horyzont niezwykłymi kolorami tęczy. Do tego, na niektórych szczytach leżał śnieg, zakańczając dzieło białą czapką! Schodziło nam się już o wiele łatwiej chociaż armia ludzików z młoteczkami dalej nas nie opuściła. Tutaj już byliśmy całkiem sami. Inni zeszli ponad godzinę wcześniej, nie było nawet tubylców i ich koni. Miałem wrażenie, że cała ta wielka przestrzeń należy tylko do nas. Zeszliśmy z góry po około pięciu godzinach trekkingu. Byliśmy wymęczeni, ale szczęśliwi. Zrobiliśmy dużo fantastycznych zdjęć i naoglądaliśmy się fenomenalnych krajobrazów. Mimo, że ten trekking technicznie nie był trudny, to choroba wysokościowa, zrobiła go masakrycznie wyczerpującym. Ból głowy odpuścił dopiero następnego dnia. Czy poszedłbym tam jeszcze raz? Oooo taaaak! Vinicunca Rainbow Moutain to miejsce z jednym z najpiękniejszych widoków, jakie kiedykolwiek widziałem. Było warto!

To ciekawe!

Vinicunca Rainbow Moutain została udostępniona turystom dopiero w 2016 roku.

To ciekawe!

Jeżeli wybierasz się na trekking w wysokich górach musisz najpierw przejść aklimatyzację. Czyli powinieneś przebywać przez kilka dni w coraz wyższych partiach gór. Tak robią nawet zawodowi wspinacze wysokogórscy, którzy zatrzymują się w kolejnych bazach i zostają tam po kilkanaście dni, żeby organizm się przyzwyczaił. Jeżeli tego nie zrobisz możesz dostać choroby wysokościowej i nawet umrzeć. Ja zaczynałem aklimatyzację od 3000 m.n.p.m., potem było 3500 m.n.p.m., a następnie 4000 m.n.p.m.. Dopiero wtedy rozpoczęliśmy trekking na Rainbow Mountain.

To ciekawe!

Vinicunca leży w Peru, niedaleko Valle Sagrado, czyli Świętej Doliny Inków – malowniczej doliny rzeki Urubamba, pełnej ruin starożytnych inkaskich miast.

To ciekawe!

Pogoda w tak wysokich górach jak Andy jest bardzo zmienna. Jak wychodzisz rano, może nie padać i był całkiem ciepło (jakieś 5 stopni XD), ale w trakcie drogi możesz przeżyć nawet śnieżycę. Dlatego musisz mieć ze sobą zawsze czapkę, rękawiczki, szal, ciepłą kurtkę i kurtkę przeciwdeszczową. W takich górach możesz przeżyć wszystkie nasze cztery pory roku w ciągu jednego dnia!

To ciekawe!

W Świętej Dolinie Inków w Peru pojechaliśmy także zobaczyć Moray. Jest to miejsce, w którym zostały zbudowane ogromne kręgi, na których sadzono rośliny uprawne. Najgłębszy krąg ma około 30 m głębokości. Wyglądają jak amfiteatr! Okazało się, że różnica temperatur w najniższym i najwyższym punkcie kręgów może wynosić nawet 15 oC!!! Uwierzysz, że oni to wymyślili w czasach Inków w XII wieku? Do tego tam są jakieś bardzo ciekawe systemy nawadniania. Podobno w ten sposób badali, jakie rośliny i na którym kręgu wydają najlepsze plony. Mimo, że ich kultura upadła wiele wieków temu, mieli bardzo innowacyjne rozwiązania.

To ciekawe!

Kolejnym niezwykłym miejscem stworzonym przez Inków, niedaleko Maras, są Salineras de Maras. Jest tam ponad 5000 salin, czyli takich jakby zbiorników, ze słoną wodą, ułożonych w wysokich górach w formie tarasów (na prawie 3000 m.n.p.m.), z których pozyskuje się… sól kuchenną! Pierwsze saliny były wybudowane, gdy imperium Inków, dopiero zaczynało się rozwijać.

Temat do przemyśleń

Piękne kolory gór są też ich przekleństwem, bo pochodzą od cennych minerałów, jak rudy żelaza i miedzi. W 2018 roku rząd zgodził się na założenie… kopalni minerałów w regionie Vinicunca! Wyobrażasz sobie, jaki byłby poziom zniszczenia?! Mieszkańcy i organizacje zaczęły protestować, a pół roku później władze wstrzymały wszelkie prace. Uffff… Jak sądzisz? Czy powinno się pozwolić na wydobycie cennych minerałów czy zachować góry nienaruszone? Pogadaj z rodzicami i znajomymi!

Podaj dalej!

KLIKNIJ ABY udostępnić

następny artykuł

Uganda

Uganda jest jednym z trzech państw świata, w których można zobaczyć goryla górskiego na wolności. Poznaj je z Szymonem Radzimierskim!
CZYTAJ

zobacz też:

SIMON’S CORNER

Etiopia

Trójka ludzi jechała szarym samochodem przez suchy etiops...
CZYTAJ

SIMON’S CORNER

Galapagos

Dzisiaj zabieram Was na Wyspy Galapagos. Są one położone ...
CZYTAJ

SIMON’S CORNER

borneo

To fascynująca wyspa, ale zarówno piękna przyroda, jak i ...
CZYTAJ

COFNIJ